RSS
poniedziałek, 20 grudnia 2010
No dobrze. Od początku, raz jeszcze.
Mieszkamy ze sobą 4 miesiące, dogadujemy się od jakichś dwóch tygodni.
Wcześniej było wychodzenie z domu, trzaskanie drzwiami, pakowanie się. Przekleństwa. Mówienie sobie rzeczy, których wcale się nie myśli. Mówienie po to, by zabolało to drugie.
Jedno tylko miejsce pozostało nietknięte przez nasze kłótnie.
Łóżko mianowicie.
Potem była słynna awantura o wszystko.
I uspokoiło się z dnia na dzień.

.
.
.
Balansuję na cienkiej krawędzi. Ostatnio oglądaliśmy House'a, bohaterką odcinka była blogerka.
A. stwierdził "jesteś jak ona".
Choć przecież nie wie, że piszę.
.
.
.
Gdy tu zamieszkałam pierwszą rzeczą, która wzbudziła moje zdumienie był fakt, że mieszkam w jednej klatce z mężczyzną, o którym pisałam kiedyś na shadow journal.
Tak, moje życie nie przestaje mnie zadziwiać. Nie wierzę w takie przypadki, mówcie, co chcecie, oglądałam się za nim 7 lat, dlaczego spotykam go tak blisko właśnie teraz?
Śledzę jego rozkład dnia, wychodzi z domu o 7.45, nigdy się nie spóźnia.

Dużo jeździ rowerem, starym, niebieskim rowerem, który nieraz widzę pozostawiony w różnych częściach miasta.
Ma córkę, z którą często wychodzi na spacery, raz widziałam go z kobietą. I chłopcem.
Tylko raz.
Tak, nadal chcę go poznać.
A. domyślił się, że mam słabość do kogoś innego.
I właśnie dlatego ten ktoś mu nie zagraża.
(czasem leżąc w łóżku zastanawiamy się kim jest, co robi, i dlaczego wciąż jest z tym dzieckiem sam).
(czy kiedyś mieliście wrażenie, że poprostu przetniecie komuś drogę?)
(tak poza tym czuję się szcześliwa w naszym związku, myślę, że za rok, góra półtora będę w ciąży- chyba, że prędzej).